Mieszkam wśród starych sosen i licznych drzew. Zima. Przylatują do karmnika ptaki, zaglądają codziennie wiewiórki. Jest taki koszyk na drzewie, gdzie w lecie stoi naczynie z wodą dla wiewiórek i ptaków. Spojrzałem w okno – zimno, śnieżek leży. Zaniosłem do koszyka parę orzechów włoskich. następnego dnia zniknęły. Aha, myślę – dobrze. Jestem potrzebny, mam dobre intencje i rozum. Zaniosłem nowe, chociaż je też lubię, zwłaszcza jak utytłam w miodzie. Siedzę więc przy stole, brudzę kartki i naraz spojrzałem za okno, do ogrodu. Śmiga po gałęziach wiewióra. Chyc do koszyka, łapie orzech, kęci w łapkach gryzie, po chwili mając dobry chwyt zębami leci z orzechem w pyszczku z drzewa, siada na daszku sąsiadów – i zagrzebuje orzech. Następny w śniegu pod drzewem. Aż wyniosła wszystkie.
Morał – ten mechanizm dotyczy tylko wiewiórek, przecież ja nie jestem taki głupi.
Uważność
Albowiem,
„Możesz zatem rzucić się na ziemię, rozciagnąć płasko na Matce Ziemi z niezbitym przeświadczeniem, że jesteś jednym z nią, a ona – jednym z tobą. Jesteś tak samo mocno utwierdzony, jak nienaruszalna jest ona sama, właściwie jesteś tysiąc razy mocniejszy i bardziej nienaruszalny. I choć z całą pewnością ona cię jutro pochłonie, z taką samą pewnością wyda cię znowu na swiat, ku nowym dążeniom i nowym cierpieniom. I nie będzie to ‘kiedyś tam”, ale zaraz, dzisiaj. Każdego dnia ona wydaje cię na świat, i to nie raz, lecz tysiące tysiecy razy, tak samo jak każdego dnia pochłania cię wciąż na nowo i na nowo. Albowiem, wiecznie i zawsze, jest tylko teraz, jedno i to samo teraz; teraźniejszość jest jedyną rzeczą, która się nie kończy.”
Erwin Schrodinger (odkrywca mechaniki falowej), autor książki „My View of the World” Cambridge Uniwersity Press, Londyn 1964, s.22 Cytat umieszczony w książce Thich Nhat Hanha, „Słońce moim sercem” w przekładzie Jerzego Paweła Listwana, Wyd.Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2008,
Eihei Dogen
Niewinność
Był w pewnym mieście wysoki mur. Mur był wyższy niż dorosły mężczyzna i nie był szerszy niż stopa. Zaczynał się z jednej strony miasta i ciągnął na drugi kraniec. Dzieci wchodziły na niego po przyciągniętych skrzynkach i pudłach. Jeden chłopiec wciągnął na górę rower i zaczął jeździć po murze. Kolegom bardzo się to spodobało. Chłopiec uwielbiał jeździć po murze. Któregoś dnia pewien dorosły, przyszedł i wyjaśnił chłopcu, że nikt nie potrafi jeździć po tak wąskim murze. Jeżdżenie po takim murze jest po prostu niemożliwe. Następnym razem, kiedy chłopiec chciał pojechać po murze, spadł i złamał rękę.
Mam wadę wzroku. Poajwiła się w czasach liceum, początkowo jako niewielka krótkowrzoczność. Okulista polecił mi nosić korekcyjne okulary. Początkowo 0,5 dioptrii. Kiedy po kilku miesiącach wada nie ustąpiła, polecił mi mocniejsze okulary. Z wiekiem wada pogłąbiła się do 4 dioptrii. Kilka lat temu kupiłem książkę „Samouzdrowienie wzroku”. Powtarzałem kilka ćwiczeń przez jakiśkrótki czas. Pojawiła się drobna poprawa, ale nie było to całkowite uzdrowienie więc zniechęciłem się i uznałem się za naiwniaka nabitego w butelkę. Oddałem książkę pierwszemu lepszemu koledze i o książce jak i o koledze zapomniałem. To było jakieś 4 lata temu. Kilka dni temu, spotkałem tego samego znajomego bez okularów (miał 6 dioptrii). Zapytałem czy teraz nosi soczewki kontaktowe. On odpowiedział, że nie – dzięki mojej książce (oraz ćwiczeniom Qigong) uleczył swój wzrok całkowicie. Jak to możlwe – zapytałem. On nieco zaskoczony moim niedowierzaniem odpowiedział, że po prostu regularnie powtarzał ćwiczenia opisane w książce.






