Witam, oto Dziennik prowadzony podczas pleneru, dla tych co tam byli i dla tych co to albo nie mogli albo nie chcieli tam się znaleźć. Jakuszyce to miejscowość 3 kilometry od granicy z Czechami, kilka domów i leśniczówka. W tej leśniczówce właśnie mieszkaliśmy. Było bardzo miło, sielsko i anielsko. Udało nam się przeżyć za 10 zł dziennie i wcale sobie nie żałowaliśmy (prawdę powiedziawszy to ja nie mam pojęcia jakim cudem nam się to udało). Były owoce, miody, orzeszki, dobra kawa, herbata, ciasteczka. Mieszkaliśmy po kilka osób w pokojach ale wszyscy to godnie znieśli. Plener zaczął się 23 lipca i zakończył 2 sierpnia 2009.
Mam nadzieję, że relacja z pobytu będzie ciekawą lekturą. Wszelkie neologizmy są zamierzone a za smutne i samotne literki na końcach wersów przepraszam (pracujemy jak się ich pozbyć co okazuje się nie takie proste w internecie). Dziennik zaczyna się od Niedzieli bo tego dnia przyjechałam a trzy dni poprzedzające są spisane z relacji grupy zwiadowczej.
Miłego czytania. Grażyna Kupisiewicz
Dzisiaj jest niedziela, już niedziela 26 lipca. Dla jednych pierwszy, dla innych trzeci, a dla jeszcze innych piąty dzień pleneru. Lech, Konrad, Strzałka i Kasia przyjechali w środę. Ga i Staś dojechali w piątek rano, Jola, Basia, Małgorzata i córka Joli Ewa ze psem Pumą w sobotę popołudniu. Przemek zjawił się w sobotę na obiad czyli około 18.00. Dzisiaj spodziewamy się Ewy z Krzysiem i psem jeszcze nieznanym. Jutro przyjedzie Magda. Witek, na teraz, znaczy na 14.13 gdzieś jest ale nie wiemy czy jeszcze w domu czy już w PKP… zatem Witek w drodze…
Środa, 22 lipca
Grupa zwiadowcza (Lech, Konrad, Strzałka, Kasia) po rozpoznaniu terenu i zabezpieczeniu mienia w pokojach i miejscowej lodówce, wyruszyła na zbadanie lokalnej bazy żywieniowej zwanej Bombaj, tudzież stacji benzynowej. Po spożyciu posiłku regenerującego wyruszyła na krótki spacer rozpoznawczy w okoliczne lasy. Dzień zmęczony a Witek w drodze…
Czwartek, 23 lipca
Wczesnym rankiem wstał Konrad… Na szczęście nasz grupowy Kogut nie pieje z rana.. ani z wieczora. Świtem tylko łapy przeciągnął, ogon nastroszył i cicho wymknął się na samotny oblot terenu po czym wrócił rozentuzjazmowany, z potarganymi piórami i tajemniczym błyskiem w oku. Reszta kompanii nie dała się jednak zmylić i już prawie zdechłego ale pełnego niebotycznych wspomnień z porannego lotu Koguta zaciągnęła w to samo miejsce w którym był rano celem przeżycia równie cennych i wzniosłych emocji i widoków. W drodze powrotnej, jak to w górach zwykle bywa, pogoda zaskoczyła ludków i rozpłakała się rzewnie nad ich głowami. Do domu wrócili przekonani, że resztę życia spędzą w świecie podwodnym. Rano ze zdziwieniem ale i nieukrywaną radością odkryli brak płetw i błon między palcami. Jeszcze wieczorem, cztery głodne gęby wchłonęły strawę przygotowaną przez Koguta. Ryż z duszoną cukinią w sosie serowo-śmietanowym wg przepisu Ani Bułat. Najedzone dusze rozpłynęłyby się chętnie w ramionach Morfeusza ale Mistrz zapodał rzut slajdów Wróblewskiego na ścianie i biedne Żuczki smakowały góry malarza, który zdaje się w tych górach zaginął był i do dziś nie wiadomo czy sam tego chciał, czy jak mawiał Kubuś Fatalista: tak w Górze zapisali. A góry Wróblewskiego przenikają człowieka szybko i dosłownie. Precyzyjne i proste linie, światło i cienie celnie dotykają wyobrażenia o przestrzeni. Surowe ale prowadzone z czułością kontury zadziwiają nas i snują po wierzchołkach. Smutek w tych obrazach jest niewyobrażalny.
Niestety, uroczy pokaz zakończył obcy Smok, który o godzinie 22 wyłonił się z jamy i warknął, że dobry obyczaj nakazuje już zakończyć ten wykład…
A Witek w drodze…
Piątek, 24 lipca
Około godziny 11 zajechały dwie dusze, Ga i Staś. pociąg do Szklarskiej odmówił dalszej współpracy w Jeleniej i dwoje tułaczy musiało zmierzyć się z indolencją PKP i dalszą wędrówkę odbyć PKS-em. Nie byłoby to takie okrutne gdyby nie spotkane z Barakudą o niemieckiej proweniencji. Resztę pominę milczeniem bo ono jest tutaj bardziej na miejscu niż dalsza opowieść pekaesowa.
Dusze po dotarciu do celu zostały nakarmione jajecznicą z cebulą i pomidorami, napojone herbatą zieloną i wyruszyły na wędrówkę w góry. Dla nich pogoda okazała się łaskawsza bo pewnie zaspała po wczorajszych ekscesach. Dusze zwiedziły również Bombaj, w którym posiliły się strawą tubylczej ludności przygranicznej.
Reszta drużyny ciężko pracowała.
Mistrz zatopił się w trawie kontemplując co nieco, Strzałka w pozycji duńskiej syrenki stylizowała łąkę, Kogut pofrunął na Psie Gniazda czytaj Ptasie ale Psie jakoś łatwiej zapamiętać. Kasia próbowała osuszyć swoje buty. Przyjechały cztery Madonny z łasiczką: Jola z córka Ewą i psem, Basia I Małgorzata.
Wieczorem wieczerza skromna ale ciepła, kluski z pomidorami, potrawa prawie postna ale przy odrobinie wyobraźni można było poczuć nutę Toskanii. Zajęcia w podgrupach, rozmowy o tym co ważne i co nieważne…
A Witek w drodze…
Sobota, 25 lipca
Kogut zaczarował Mistrza i Małgorzatę i cały tercet wyruszył o świcie na… Psie Gniazda. Reszta dusz, snując się to tu, to tam, wykonała swoje prace domowe i robótki ręczne. W okolicach południa dom opuściły obce Smoki, ropuchy i insze gnomy i chałupa stała się tylko nasza. Spokój i poczucie bezpieczeństwa rozlało się po kątach ale… nadejszła burza a z nią niepokój, z którym wypatrywaliśmy tercetu egzotycznego, a który mieliśmy nadzieję ujrzeć niebawem.
I zadzwonił dzwonek do drzwi i uchyliły się bramy jego… Tercet wrócił z włóczęgi mokry do pasa a my nie pytaliśmy o szczegóły bo nie zawsze należy prawdy dociekać, a prawdy są dwie: moja i twoja.
Popołudniu Lechu został odlegiwany wraz z obstawą Basi i Kasi do zabezpieczenia spożywczego na najbliższe dwa dni, czego dokonali w trybie błyskawicy. W tak zwanym międzyczasie do Szklarskiej dojechał Przemek, którego odebrał Kogut. Małgorzata pokonana przez deszcz zaległą w pościeli.
W zajęciach przed wieczornych temat dnia zadany na kompozycję brzmiał: Kruk i Góra, za co ochoczo wzięli się Kogut, Jola i później dołączyła GA, rozkosznie wkręcona przez towarzystwo w temat Kruk i Kura. No przecież Góra i Kura brzmi prawie tak samo więc o co chodzi? Kura dopiero z czasem okazała się Górą i wszystko skończyło się dobrze bo z inteligentnymi jak to u Szekspira bywa: wszystko dobre co się dobrze kończy.
Na wieczerzę kasz gryczany, smażony z cebulą, warzywa wszelakie w sosie kolorowym, mizeryja z koprem w jogurcie mięszana. Spożywanie pokarmu miało odbywać się w milczeniu, świadomie i z namaszczeniem ale nic nam z tego nie wychodzi bo się nie bardzo staramy.
Po wieczerzy robótki ręczne i zajęcia w podgrupach, światła korekta, kolejni malarze na ścianie, dyskusje po świt…aż wreszcie Morfeusz poukładał nas w szufladkach.
A Witek w drodze…
Niedziela, 26 lipca
4.30 Kogut poleciał na Psie Gniazda szukać zaginionego Graala (termosu Lecha) i zaczarowanego ołówka Małgorzaty i tyle go widzieli. Lechu grzecznie maluje przez okienko, Ga marźnie na bagnach, Strzałka stylizuje strumyk, Basia, przy trzeciej kawie, słucha z otwartymi ustami opowieści Joli, Przemek z Kasia w Szklarskiej w kościele na mszy i piekarni po chleb, Małgorzata pokonała deszczową bakterię…
Dzień się zaczął…
Temat dnia: chmury i insze takie co po niebie latajo.
Małgorzata kuje francuza i wmawia nam, że żaluzja pochodzi od francuskiej zazdrości w co oczywiście nikt nie wierzy. Kogut nie znalazł Graala bo go pewnie orły zabrały do gniazda dla swoich dzieci ale odnalazł zaczarowany ołówek Małgorzaty. Wrócił Przemek z włóczęgi, Kasia polowała na widoczki za domem, Basia w fioletowej chusteczce przegrała z osami ale dokończyła obrazek z wyobraźni.
Witek dalej w drodze ale jest już blisko…
Jest 17.14, wreszcie jestem na bierząco i o czasie.
Dojechała Ewa z Krzysiem i suką Tandą,
Zapomniałam dodać, że wieczerza była huczna i ciasna, bo jest nas coraz więcej, a na stole pachniał ryz z soczewicą zwany wystrzałowym bo przygotowała go Strzałka i nie dopilnowana przez Koguta fasolka ale tez dobra.
Kogut dowiózł Witka, który nie zdążył na pekaes wiec fasolka została mu wybaczona.
Poniedziałek, 27 lipca
Wczoraj wieczorem opuścił mnie zapał i jak na razie trzyma do dziś. Poszukam go w lesie ale pewnie znajdę tylko jagody. Kogut wreszcie zaspał i wreszcie widzieliśmy go rano przy śniadaniu ale nie dał za wygraną i już go nie ma. Ptasie Gniazda ostatecznie po czterech dniach przemieniły się w Psie Budy i tak już zostało. W końcu to ludzie kształtują język a nie odwrotnie. A Kogutowi najwyraźniej w tych Psich Budach jest ciepło i wygodnie bo tylko tam chce mu się piać. Chyba się tam wybiorę i zrobię kilka zdjęć bo inaczej… no nie uchodzi.
Jest nas już… hm… 14 dusz?
Lech, Kogut, Przemek, Witek, Stach, Krzysio, Strzałka, Kasia, Basia, Jola, Ewa córka Joli, Ewa, Małgorzata, GA. Dziś dojedzie Magda i Ania.
Temat dnia: drzewo byle nie świerk.
Idę poszukać drzewa… może mnie rozśmieszy. Druga ewentualność to gotowanie – dziś mój dyżur.
16.41, drzewo mnie nie rozśmieszyło ale przeskoczyłam siebie i jakoś udało się wrzucić banana na twarz. Pomógł ból kręgosłupa przy kontemplacji drzewa, landszafcik popełniony przed południem i monotonna praca przy obieraniu ziemniaków i krojeniu pomidorów. Wniosek? Ciężka praca dobre samopoczucie wraca. Warto to wyhaftować na makatce!
Czy powinnam porozmawiać z Lechem o motywacji?
Przed światłą korektą mistrza spacer na Jagodowe Skały, które Lech wypatrzył ze swojego okna. Piętnaście minut przecinką w lesie i czułam się jak Zulus Chaka na szczycie Świata.
Lech wpadł w sieci Jagodowej Królowej i tyle go widzieli… wyciągnęła go Magda, która niebawem dojechała, Kogut dowiózł Anię. Jesteśmy w komplecie… 16 dusz i wszystkie żywe.
Wieczorem po obejrzeniu slajdów malarstwa chińskiego i japońskiego rozmowa przy herbacie o szanowaniu w sobie dziecka. Późną nocą mój wewnętrzny bachor zbuntował się na amen!
Wtorek, 28 lipca
Rano zdążyłam zjeść śniadanie i wciągnęła mnie Czarna Dziura. Żyję na tym świecie już 50 lat a niedawno dowiedziałam się co to znaczy czarna dziura w znaczeniu fizyki. To fajne, że ciągle nas coś zadziwia. Myślę, że kiedy przestaniemy się dziwić to przestaniemy istnieć.
Nie wiem co się działo bo przez półtorej dnia próbowałam z tej czarnej dziury się wydrapać ale spiszę relację reszty drużyny.
Kogut poleciał rano w Góry Izerskie, chyba mu ktoś Psie Gniazdo zajął, ale niestety wypad okazał się na tyle wyczerpujący i dla samego włóczęgi zaskakujący, że na miejscu objadł się jagód i dwie godziny spał w szufladzie Morfeusza.. Wrócił zmieszany, z poczuciem winy i podkulonym ogonem. Na pocieszenie pojechał z Lechem, Basią i Magdą po piwo do czech.
Jak mówią filozofowie, nie ważne jak się upada, ważne jak się wstaje.
Wieczerza w kluskach i sosie pomidorowym zacności. Światła korekta, slajdy chińsko-japońskie i Miłość Blondynki Formana.
Mnie tresuje mój wewnętrzny bachor.
Środa, 29 lipca
Jola o poranku szukała weterynarza dla psa, który się sponiewierał na halach, opił wody z potoka i zagryzł czysta ziemią. Niby sama natura ale tyż może zaszkodzić.
Kogut lata blisko i ładuje akumulatory, Ania marzy o kebabie w Szklarskiej, Basia ze Strzałką i Kasią na Skałach Jagodowych. Lechu zmaga się ze swoimi plamami na papierze ryżowym.
Ja prażę kasz gryczany w piernatach, obieram jajka na twardo i mięszam sos jogurtowy. Fajnie jest, micha zawsze uspokaja. Może powinnam zostać kucharką w barze mlecznym. A tak swoją drogą to wciąż się zastanawiam nad swoim powołaniem i czy w ogóle takowe mam.. bo czy muszę?
Przemek zmaga się z kamieniami, Witek szuka Władcy Pierścienia. Kogut odkrył, że słońce istnieje. Strzałka dowiodła, ze można malować jagodami. Jola nie może się zdecydować którą część krajobrazu malować bo wszystkie takie cudne. Basia domyka swoje jeziora i lasy. Kasia maluje coraz jaśniej, Ewa lata po górach, Ania pod mostem.
Wieczorem wypad do Krzysia Figielskiego do Szklarskiej. Po godzinnej jeździe terenowej, zakrętach śmierci, dojechali aby podziwiać widok z domu Krzyśka. Wielka góra, las, dolina, dwie dwustuletnie lipy, księżyc i widoczek jak z Disneylandu. Brakowało tylko wiewióry. Ale na szczęście dom z XVIII wieku broni się sam. W ścianie wyrzeźbiony przez Krzysia jego nos. Przy drzwiach dwie buźki małych domowych strażników kamiennych. Strach na wróble w płaszczyku w kolorze spranych gaci (tzw. róż majtkowy) i czerwonej spódniczce, fioletowe dzwoneczki pod rynną i magiczne wnętrze starej chałupy. Wrócili zadowoleni i grzecznie zalegli w szufladach. A Kogut może przywiezie Ani małego kotka.
Ja próbuję dogadać się z wewnętrznym bachorem, ale się bydle opiera.
Czwartek, 30 lipca
Udało się wstać na śniadanie. Pomogła jak zwykle muzyka, bo przecież łagodzi obyczaje. Wieczorne Kind of blue Milesa Davisa i Bach na organach, Passacaglia i fuga c-moll i Toccata i fuga d-moll. Bachor dał się pokonać i uznał, że lepiej dla niego jak sobie pójdzie do lasu na grzyby.
Znowu jestem na bierząco i przy dźwiękach romantycznego klarnetu nadrabiam zaległości.
Wyjechał Przemek, Kogut z Kasią malują na zamku w Chojcu potem u Krzysia Figielskiego. O 14.40 Małgorzata z Anią postanowiły zaliczyć Szklarskiego kebaba. Zdecydowałam pojechać z Nimi i dobić do Konrada aby obejrzeć koty i landrynkowy widok z bajki. Koty okazały się zbyt dzikie więc Kogut chyba nie zabierze żadnego. Małgorzata była zawiedziona, że po Szklarskiej nie jeżdżą tramwaje a Ania zachwycona kebabem za 14 złotych. Jak kurort to kurort.
Kupiliśmy chleb, ciasto jabcate i wróciliśmy do domu gdzie Magda ze Strzałką ugotowały wieczerzę. Ryż, kasz gryczany z wczoraj, marchewka z cebulą i czosnkiem warzona i jarzyny wszelakie. Przez chwilę pachniało milczeniem ale tylko przez chwilę.
Po światłej korekcie przymusowe zajęcia składania żurawia z łagodnym przejściem w kierunku dyskusji na temat sztuki. Miało być o dylematach ale Lechu zręcznie skierował pociąg na słuszny tor. Sztuka to temat rzeka i bezpieczny bo cokolwiek się nie wymyśli to wymyślać można dalej. I tak byśmy pewnie brnęli w ciemne zakamarki mocy gdyby nie Małgorzata, która włożyła kij w mrowisko mówiąc z uroczą, młodzieńczą spontanicznością, żebyśmy przestali już gderać a skupili się bardziej na przeżywaniu fantastycznego zachodu słońca, który był właśnie zachodził za oknem. I to w Niej uwielbiam. Młodość ma ten przywilej, że się jej wybacza. Wyobraźcie sobie którąś ze starszych dziewczyn mówiącą te słowa? Nie byłoby żadnej reakcji.
Wieczorem komedia romantyczna To Właśnie Miłość a na dobranoc francuski Czerwony Balonik z 1956.
Piątek, 31 lipca
Lechu wziął parasol i poszedł w siną dal, dotarł do Chaty Górzystów, zjadł omleta i odbył pogawędkę z panią w recepcji. W połowie drogi do domu, na zakręcie, spotkał taczkę piachu i chłopa, który zasypywał dziury w Ziemi, cokolwiek by to miało oznaczać. Uzyskał od Niego informację, że w sumie to wszystko jedno czy się cofnie czy pójdzie do przodu. Po tej szczególnie optymistycznej radzie Lech wziął głęboki wdech, i ruszył ochoczo przed siebie.
W końcu…
…a ludzie mówią, i mówią uczenie…,
że to nie łzy są ale że kamienie,
i - że nikt na nie nie czeka… (C.K. Norwid)
…i że wszystkie drogi prowadzą do… Nashville.
Kolejna wizyta spożywcza we w mieście, zakup okrągłego słońca w chrupiącej skórce i próba uprowadzenia piekarnianego kota, niestety nieudana, bo piekarz kota bronił całym swoim ja!
Dałam mu szansę do jutra i przed samym wyjazdem spróbujemy jednak kota odbić. Sam zainteresowany leżał na półce nie czuły na żadne łapówki i ogonem nawet nie ruszył. Świnia jedna nie kot.
Kasia czarowała czeskich fabrykantów szkła aby pokazali jej dmuchanie kieliszków co uczynili ochoczo zważywszy na uroki panienki. Wróciła zadowolona ale zmachana jak kot z nocnej włóczęgi miłosnej.
Wieczerza była rozmaita. Do środowego ryżu, czwartkowej kaszy doszły jeszcze kluchy, warzywa, sos z cebulą, suszonymi pomidorami, sos jogurtowy no i ogórki małosolne o których zapomniałam napisać. Jola robiła nam ogórki jednodniówki. Tzn dziś robi jutro jemy, pychota.
Kogut nie przybył na jadło bo był się zamyślił gdzieś na Szrenicy w Górskich Kotłach i przysłał sms-a, że już leci ale że trochę mu to zajmie. Wkurzyła go wycieczka polskich japończyków, która zamiast wgłębiać się z namaszczeniem w otchłań urwiska musiała je obstrykać ze wszystkich stron każdy swoim osobistym aparatem ku pamięci. Sam Kogut, jak zeznał po powrocie, przeżywał w Kotłach kocioł emocjonalny, wyssało go z energii i zastanawiał się czy przypadkiem natura nie każe mu skakać w dół. Udało mu się na szczęście pokonać ciemną stronę mocy i wrócił do domu. Oczy jednak lekko miał wystraszone, oddech przyspieszony i nieregularny.
Cisza na okręcie, załoga zaległa w szufladach, słońce z elegancją schodzi po ścianie domu. Dziś ostatni wspólny wieczór. Jutro już będzie nas o cztery dusze mniej.
Wieczorem rozmowa o dylematach, zmianie sposobu odbierania świata, zapamiętywaniu obrazów, do czego służy nam składanie żurawia. Przegląd slajdów chińsko-japońskich i film Bilety.
Noc, która jednoczy wszystkie myśli, te złe i te dobre też. Gdyby Ziemia była płaska, w nocy nad miastami przewijałby się film ze wszystkimi myślami świata, taka mała taśma filmowa świata.
Sobota, 1 sierpnia
Lech od rana na stanowisku robiąc całościowe korekty i wybierając obrazki na wystawę poplenerową. Kasia zrobiła sobie wolne i poszlajała się w Szklarskiej po knajpach, Kogut blisko, na Jagodowej Skale, Witek dalej szuka Władcy Pierścienia ale jest już blisko, Strzałka w domu dostraja kolory, Ewa z Krzyśkiem w górach, Ga i Stach na ostatnim spacerze, Magda pojechała do Czech po kapsle od piwa dla syna, Jola wykończyła jedyny obraz na krosnach na plenerze, Basia? Nie wiem co robiła – wybacz kobieto.
Po wieczerzy cztery dusze odjechały ciopągiem do miasta, w którym jeżdżą tramwaje, ulubione przez Małgorzatę.
Załoga dojechała w sobotę.
Zakończył się pierwszy Plener Ścieżkowy – Jakuszce 2009.
A my już za nim tęsknimy.



















